Blog
Widziane z pozycji siedzącej
Adam Pietrasiewicz
Adam Pietrasiewicz Jakoś sobie radzę
41 obserwujących 690 notek 418201 odsłon
Adam Pietrasiewicz, 16 kwietnia 2017 r.

Tymczasem na paryskim bruku...

2571 27 0 A A A

image

Przyszła do mnie paczka z ulotkami wyborczymi z ambasady francuskiej. Jestem obywatelem francuskim, więc namawiają mnie, żeby głosować w zbliżających się wyborach prezydenckich. Nie zagłosuję, bo spędziwszy 3/4 mojego życia w Polsce nie potrafię jakoś wmówić sobie, że powinienem wypowiadać się na temat tego, jak powinna być rządzona Francja, ale może warto opowiedzieć trochę o tych zbliżających się wyborach.

Najpierw nieco spraw ogólnych, czyli o tym, jaki panuje tam system.

Otóż we Francji jest system typowo prezydencki, dający głowie państwa ogromną władzę, która umożliwia mu, teoretycznie, i jeśli ma wsparcie większości w dwuizbowym parlamencie, realnie wpływać na całość polityki państwa. Prezydent jest wybierany na 5 lat (jeszcze do niedawna było to 7 lat), prezydent powołuje premiera, na wniosek premiera mianuje ministrów i faktycznie nadzoruje prace rządu. W sytuacji braku wsparcia większości parlamentarnej, co już miało kilkakrotnie miejsce w historii, nadzór prezydencki nad pracami rządu jest jedynie formalny, jednak jeśli prezydent ma za sobą parlament wówczas faktycznie kieruje polityką państwa. Ma więc silniejszą pozycję od prezydenta w Polsce.

Prezydent wybierany jest w systemie dwuturowym, tak jak w Polsce. Po to, by móc być kandydatem na prezydenta konieczne jest zebranie 500 podpisów osób, które już są wybrane w wyborach, centralnych lub lokalnych. Czyli burmistrzów (merów), lokalnych lub regionalnych radnych, posłów lub senatorów. Nie jest to wcale zawsze takie proste i część kandydatów odpada w przedbiegach właśnie nie mogąc uzyskać tych 500 podpisów. W zbliżających się wyborach prezydenckich 11 osób zdobyło 500 podpisów: Nicolas Dupont-Aignan, Marine Le Pen, Emmanuel Macron, Benoît Hamon, Nathalie Arthaud, Philippe Poutou, Jacques Cheminade, Jean Lassalle, Jean-Luc Mélenchon, François Asselineau, François Fillon.

Dotychczas w zasadzie w wyborach prezydenckich we Francji zazwyczaj było tak, że było dwóch kandydatów "podstawowych", co do których w zasadzie było pewne, że zetrą się w drugiej turze wyborów (czyli właściwie tak jak u nas) oraz większy bądź mniejszy "plankton", który do wyborów stawał głównie po to, by móc przedstawić swoje pomysły na politykę. W 2002 z tego planktonu wyszła wielka niespodzianka, czyli przejście do drugiej tury Jean Marie Le Pena, czego w zasadzie prawie żaden "mainstreamowy" obserwator nie przewidział. Jednak przez dziesięciolecia podział był dość jednoznaczny - wybory prezydenckie to była "wewnętrzna" sprawa socjalistów i prawicy.

Dziś sprawy się pokomplikowały i takich kandydatów, co do których można podejrzewać, że znajdą się w drugiej turze jest co najmniej czterech. Są to Emmanuel Macron, Marine Le Pen, François Fillon i Jean Luc Melenchon. Jest też wśród "planktonu" kandydat, którego uważam za czarnego konia, niejaki François Asselineau, o czym później.

Tematami kampanii wyborczej są faktycznie dwie sprawy - stosunek do euro oraz kwestie imigracyjne. I każdy z czterech kandydatów jednoznacznie się w tych sprawach wyróżnia. Dwa problemy, a więc cztery różne opcje:

1. Francja powinna pozostać w strefie euro i przyjmować masową imigrację
2. Francja powinna zostać w strefie euro i ograniczyć masową imigrację
3. Francja powinna wyjść ze strefy euro ale przyjmować masową imigrację
4. Francja powinna wyjść ze strefy euro i ograniczyć masową imigrację.

image

Emmanuel Macron, który jest faktycznie kandydatem obecnie rządzących (był ministrem w rządzie aktualnego prezydenta) jest otwartym zwolennikiem pierwszej opcji. Opcji pełnej "mondializacji" (w rozumieniu New World Order) Francji, czyli faktycznego prowadzenia jej drogą ku rozpłynięciu się w Unii Europejskiej na dowolnych warunkach. Można go porównać do naszej opcji PO/N - z pewnością wspaniale by się rozumieli. Taka francuska Hillary Clinton.
image
François Fillon reprezentujący bardziej zachowawczą część francuskiej klasy politycznej otwarcie jest za utrzymaniem Francji w strefie euro, czyli faktycznie podporządkowaniu polityki finansowej państwa Niemcom, ale jest przeciwny całkowitemu otwarciu się na imigrację. Jasno i jednoznacznie chce uderzać do głównej części francuskiego elektoratu, czyli ludzi po 45 roku życia, którzy z jednej strony uważają, że opuszczenie strefy euro powoduje ryzyko obniżenia wartości ich oszczędności, a z drugiej strony rozumieją zagrożenie, jakie dla ich kraju niesie masowa, niekontrolowana imigracja. Można by go porównać nieco do PiS, szczególnie, że deklaruje się jako praktykujący katolik.

imageJean Luc Melenchon jest lewakiem, takim który próbuje nawiązywać do francuskich tradycji lewicowych. Francuska partia komunistyczna po prostu znikła, nie przetrzymawszy upadku ZSRR, zaś francuska partia socjalistyczna całkiem otwarcie zamieniła się w partię neoliberalną na usługach wielkiego kapitału. Na francuskiej lewicy pojawiła się pustka, w którą wszedł właśnie Melenchon. Wyjście ze strefy euro jest naturalnym hasłem mającym na celu ochronę interesów uboższych warstw, dla których (nie bez podstaw) euro jest synonimem biedy, zaś zgoda na imigrację jest naturalnym odruchem lewicowca, który w napływających masach widzi swój ewentualny, przyszły elektorat. Trudno chyba znaleźć jego odpowiednik w Polsce, być może mógłby nim być Piotr Ikonowicz. Taki Ikonowicz, któremu się udało (choć kto wie, może i na Ikonowicza przyjdzie kiedyś i u nas czas?)...

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Z pustego, to i Salomon na krzywe drzewo skacze.
I żeby nie było, że nie mówiłem - moje wpisy w blogu w Salonie24 MOŻNA kopiować, powielać i cytować, ale tylko podając źródło (link) i moje dane, jako autora. Wszystkiego o mnie można się dowiedzieć wpisując w Googlach po prostu "adam pietrasiewicz" (http://tiny.pl/1957).

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Tagi

Tematy w dziale Polityka